O autorze
Warszawianka, 34 lata. Pracoholiczka, spełniona w stanie wolnym. Od 10 lat licząca na zajście w ciążę przypadkiem, zawsze dziwnie pewna samotnego macierzyństwa. We wrześniu po diagnozie endometriozy usłyszała, że jej ostatnią szansą jest in vitro. I że nie ma na nie zbyt wiele czasu.

Dlaczego w pojedynkę

Powoli zaczynam mówić znajomym, że zostanę mamą. Na razie tylko tym z otwartymi głowami. Dla tych z zamkniętymi mam milczenie. Ewentualnie półprawdę: "Jego tata jest cudzoziemcem, nic od nie go nie chcę, nie jesteśmy razem".

Dlaczego w pojedynkę?

A znacie faceta, który użyczyłby nasienia "na hurra" i zgodziłby się na 19- albo 25-letni obowiązek alimentacyjny? I chciałybyście mieć z nim dziecko?!

Przez 10 lat próbowałam zajść w ciążę w związku (w jednym facet dziecka chciał, w drugim nie chciał, w trzecim "chciał, żeby to stało się przypadkiem i go zaskoczyło") oraz poza związkiem (ze świadomością, że pewnie będę samotną matką). Nie wychodziło, chociaż każdy ginekolog i endokrynolog przysięgał, że wszystko jest ok - anatomia, fizjologia i wiek.

1,5 roku temu zrobiłam HSG (badanie na drożność jajowodów) i też wszystko było w jak najlepszym porządku. Ale po kilku miesiącach moje ciało zaczęło zachowywać się dziwnie. Urósł mi biust, zaokrągliły się uda. Nadal byłam szczupła, ale ten ekstra tłuszczyk zadomowił się i nie schodził mimo diet.

Potem przyszła bezsenność i nerwy. Odwiedziłam ginekolożkę w pewnej lecznicy zatrudniającej samych ordynatorów i profesorów (no-prawie samych) i usłyszałam, że to lekkie krwawienie między okresami to taka uroda i żeby zbadać hormony. Były w normie.

Ale że umiem czytać i posługiwać się Symptom Checkerem na WebMD, doszłam, że nie musi być w normie i że istnieje coś takiego jak hiperprolaktynemia czynnościowa. Poszłam do pewnego dr n med z przychodni na D, który nawet mnie nie obejrzawszy zlecił próbę z lekiem i wyszło, że ową hiperprolaktynemię czynnościową mam. Dostałam Dostinex, który miał nie dawać objawów ubocznych.


Ale dawał. I to jakie! Ledwo chodziłam, rozsadzało mi żyły, puchłam cała, mimo że nie jadłam, w strachu przed przytyciem. Dr n med z przychodni na D stwierdził, że objawy daje choroba, nie lek, i że jeżeli chcę to skonsultować, mam się pojawić osobiście (i zapłacić 140 zł). Nawet chciałam, ale wyjeżdżałam, a dr n med nie zechciał przyjąć mnie między pacjentkami. Na szczęście trafiłam do prof. B, który dostinex kazał odstawić, żeby nie dostać udaru, zapisał laparoskopię, a potem odkrył, że mam endometriozę. I że nadprodukcję prolaktyny, a ściślej może objawów, które dr n med z przychodni na D wziął za hiperprolaktynemię czynnościową, zawdzięczam działaniu komórek endometrialnych.

Odkrył też, że endometrioza przez rok od HSG zjadła mi jajowód i że jeżeli chcę próbować zostać matką, to tylko teraz. Przez in vitro. A i to ma małe szanse powodzenia.

A że akurat żadnego mężczyzny, który chciałby zostać ojcem, przy mnie nie było, zrobiłam to sama.

I odetchnęłam z ulgą, bo myślenie, że dziecko koniecznie trzeba mieć z facetem, kosztowało mnie pięć ostatnich lat, kiedy wiązałam się na siłę albo tkwiłam w beznadziejnych związkach tylko po to, by zostać matką.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...