O autorze
Warszawianka, 34 lata. Pracoholiczka, spełniona w stanie wolnym. Od 10 lat licząca na zajście w ciążę przypadkiem, zawsze dziwnie pewna samotnego macierzyństwa. We wrześniu po diagnozie endometriozy usłyszała, że jej ostatnią szansą jest in vitro. I że nie ma na nie zbyt wiele czasu.

Rośniemy!

On(a) od ostatniego USG urosła bardzo. Ma wyraźną głowę, powiększyła się, widać też ruchy. Mi tymczasem bezlitośnie rośnie biust.

"O! Widzi pani, tu są ręce, nogi, tu serce, a tu pępowina"- usłyszałam dziś zapewnienie, że wszystko jest ok. Usłyszałam też bicie serca. I mam kolejne zdjęcia (nawet trzy), które za każdym spojrzeniem cieszą coraz bardziej.

Dr R wrócił, co napełniło mnie spokojem. Wolę, kiedy jest na tej półkuli, w Warszawie, ale też ma prawo do urlopu. Jego zrównoważenie to naprawdę dobra cecha. Myślę, że uspokaja też na sali porodowej.

Jeszcze wciąż nie mogę uwierzyć. Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Im dłużej jestem w ciąży, tym mniej wydaje mi się realistyczna.

Ale jest! Kocur ją widzi, bo mój wklęsły dotąd brzuch się uwypukla. Delikatnie, niektóre kobiety mają tak zawsze, ja nie. Ludzie nie wiedzą, i dobrze, bo w mojej braży z kobietami w ciąży nie postępuje się ładnie.

Już 10. tydzień! Jak wspaniale. Według kalkulatorów pierwszy trymestr skończy się w drugiej połowie stycznia, bo jakoś inaczej to liczą. Kalkulatory inaczej policzyły też termin. Dr R wyszło tydzień później, a to jemu wierzę.

Mam się też zastanowić nad testem genetycznym NIFTY. Krew wysyłają do Hongkongu, badają DNA i z 99 proc. pewnością określają, czy dziecko jest zdrowe - wykluczają te wszystkie straszne zespoły i podają płeć! No bo przecież nie wróżą z obrazu USG, tylko sprawdzają chromosomy.

Chyba się zdecyduję.

Acha - śmierdzą mi mężczyźni w pracy. I to zapachem, z którego nie zdają sobie sprawy. Takim... płaszczem, który wisiał w barze mlecznym i nasiąknął zapachem schabowego, kapusty i skwarek. Podobno odrzuca mnie teraz od reproduktorów i przyciąga do opiekunów. Kto by pomyślał, że w biurze mam tylu reproduktorów!

I tylko stres w pracy nie służy dziecku. Mnie nie służy, więc jemu na pewno nie. Denerwuje się odebranym projektem, byłym "kolegą" (takim najlepszym), który, od kiedy usłyszał słowa krytyki (nie wolno krytykować narcyzów!), zachowuje się bardzo brzydko, znajomym szefa, który bardzo brzydko się chwyta.


Odpuszczam. Nie mogę się denerwować. Taką decyzję podjęłam podczas bezsennej nocy. I jeszcze: koniec z niezdrowym jedzeniem. Wdrażamy dietę jak przy cukrzycy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...