O autorze
Warszawianka, 34 lata. Pracoholiczka, spełniona w stanie wolnym. Od 10 lat licząca na zajście w ciążę przypadkiem, zawsze dziwnie pewna samotnego macierzyństwa. We wrześniu po diagnozie endometriozy usłyszała, że jej ostatnią szansą jest in vitro. I że nie ma na nie zbyt wiele czasu.

Dlaczego nie pójdę do szkoły rodzenia

Zrezygnowałam z zapisania się do szkoły rodzenia. Samotność w ciąży mi nie przeszkadza. Teraz, jak nigdy przedtem, zgadzam się z twierdzeniem, że mężczyzna jest kobiecie potrzebny jak rybie rower. Ale widok tatusiów dyszących z mamusiami pewnie by mnie osłabił.

Ciąży na razie nie widać. Jedynie po biuście, ale można dojść do wniosku, że go powiększyłam.
Nikt przecież nie musi wiedzieć, że duży biust w liceum był moją zmorą i cieszyłam się bardzo z rozmiaru B, który urósł w ostatnich latach przez kłopoty hormonalne. No ale nie do F!

Na razie przeszkadza mi tylko on. Mam Honeymoon Trimester, nie czuję, że jestem w ciąży. Brzuch płaski jak dawniej, chociaż to przecież końcówka 4. miesiąca. Jest dobrze, choć chwilami potrafię się zasapać, nie mogę jednocześnie iść i mówić, za dużo zjeść, boli mnie głowa. Ale to tyle. Jak mnie ktoś pyta, jak się czuję, dziwię się szczerze.

Dlatego te rozmówki z paniami przy stoisku z becikami to taka godzinna przerwa na radość bycia w ciąży. Dowiaduję się, że te kompleciki pięcio- lub siedmioczęściowe się nie nadają, czapeczki nie wymaga każdy szpital, a rękawiczki są tylko na początek.


Muszę się dowiedzieć, czy czapka jest koniecznie potrzebna. Jednak pani przy śpioszkach powiedziała, że na Madalińskiego nie wymagali. Oczywiście NIGDY W ŻYCIU nie chciałabym rodzić "u Chazana" (nawet jeśli już nie jest tam dyrektorem), ale nie wiadomo, jak to jest na Starynkiewicza. Bo nie mają takiej info na stronie.

Szukałam, przy okazji natykając się na ogłoszenie o szkole rodzenia. I popłynęły mi łzy. Znowu - wbrew uczuciom i programowi. Bo przecież mi naprawdę dobrze tak, jak jest.

Jasne. Zakładam, że maluch urodzi się przez cesarkę, że nauka oddychania mi niepotrzebna, ale ta wiedza o karmieniu, ściąganiu pokarmu, przewijaniu, obcinaniu paznokietków - już tak.
Tylko jak bym się czuła na tej szkole rodzenia - ja jedna i pary?

To irracjonalne. Kiedy 3 lata temu miała rodzić Misiek, z początku też przymierzała się do szkoły rodzenia. Ale zrezygnowała. Oficjalnie nie z powodu pojedynczości - miałyśmy pójść we dwie i śmiałyśmy się, że wezmą nas za lesbijki. Ale potem Misiek stwierdziła, że urodzi przez cesarkę (skierowania nie dostała, ale stać ją było na Medicover) i pomysł ze szkołą rodzenia upadł. Bo nawet jak jesteś bardzo do przodu, niekoniecznie masz ochotę patrzeć na tych tatusiów dyszących z mamusiami. Ciąża i macierzyństwo w pojedynkę są do zrobienia, ale bez osłabiania się widokiem kogoś, kto w tym wszystkim ma bezustanną asystę. Nie wiem dlaczego, ale tak jest.

Pocieszyła mnie myśl, że w dobie youtube'a takie zajęcia w szkole rodzenia na pewno są od dawna, i to za darmo. Skoro amerykańska lekarka opowiada mi co tydzień, jak zmienia się moje dziecko i moje ciało, to jakaś równie kompetentna pielęgniarka opowie mi o obcinaniu pazurków. I jeszcze to pokaże. A inna zaprezentuje laktator. Niech żyje internet!
Trwa ładowanie komentarzy...