O autorze
Warszawianka, 34 lata. Pracoholiczka, spełniona w stanie wolnym. Od 10 lat licząca na zajście w ciążę przypadkiem, zawsze dziwnie pewna samotnego macierzyństwa. We wrześniu po diagnozie endometriozy usłyszała, że jej ostatnią szansą jest in vitro. I że nie ma na nie zbyt wiele czasu.

Czy będę dobrą matką?

Podobno to normalne. Wątpliwości w pierwszym trymestrze. Ale obserwując inne matki, dochodzę do wniosku, że ja nie mam 1/100 ich cierpliwości.

Kiedy dowiedziałam się, że endometrioza może na zawsze pozbawić mnie szans na macierzyństwo i że to prawdopodobnie ona sprawiła, że przez lata nie mogłam zajść w ciążę, moja mama postanowiła mnie pocieszyć w sposób dość nietypowy. Powiedziałabym nawet - mocno oryginalny.

Powiedziała: "Może to i dobrze, bo ludzie tacy, jak ty, nie powinni mieć dzieci. Tacy egoistyczni, skupieni na swojej pracy, tak bardzo nią pochłonięci".

Najpierw zrobiło mi się przykro. Wściekłam się nawet, bo nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, że takich rzeczy nie można mówić. Nikomu. Raz, bo nie da się przewidzieć, jakim kto będzie rodzicem, a dwa - bo to naprawdę potrafi zdołować, trwale obniżyć nastrój i poczucie własnej wartości. Zwłaszcza wypowiedziane przez rodzica.

Misiek od razu się oburzyła, swoim oburzeniem pomogła uporać się z poczuciem niesprawiedliwości. Przeszło. Potem udało się in vitro. A teraz wróciło wątpliwościami.

Odwiedziny u dzieciatych koleżanek (mama 2,5-latka i mama dwulatki), częste rozmowy telefoniczne z mamą trzylatka i obserwacja dzieciatych kuzynek napawają mnie grozą. Nie rozumiem - dlaczego - k... - te dzieci - co chwila - nam - przerywają. I to właśnie przez te 15 minut z 24 godzin, a przynajmniej z ostatnich ośmiu, kiedy matki skupione były wyłącznie na nich, gdy postanowiły chwilę pogadać przez telefon lub na chwilę usiąść z kawą przy stole w kuchni, włączywszy wcześniej telewizor, You Tube, etc. Dodam, że jeśli nie jest to rozmowa telefoniczna, a wizyta, to i tak pierwsze pół godziny spędzone jest nad dzieckiem - wręcza się mu prezent, gada z nim, etc.


Naprawdę, nie rozumiem. Ale jeszcze bardziej nie rozumiem, dlaczego one podchodzą do tego z taką cierpliwością.

Właśnie skończyłam rozmawiać z Miśkiem, która co drugie słowo przerywała, żeby spełnić kolejną - zmieniającą się co pół minuty - zachciankę swojego synka. Ja rozumiem, że dziecko tak ma. Jeszcze bardziej to rozumiem dzięki wytłumaczeniu Miśka, że układ nerwowy rozwija się do trzeciego roku życia i dziecko naprawdę nie robi tego złośliwie. Ale i tak podziwiam, że jej to nie denerwuje. Bo ja, mimo najszczerszych chęci, zdenerwuje się już po pięciu razach z tych 350. Boję się, że nie pozwolę dziecku przerywać sobie rozmowy. Że wyjdę z siebie. Słowem - że będę złą matką.

Boże, czy ja będę złą matką, czy hormony, Opatrzność, wstawić odpowiednie, zadbają, bym zyskała tę całkowicie niemożliwą cierpliwość?

Dzisiaj naprawdę się boję...

Ale poza tym bardzo się cieszę, oczywiście. Zdaję sobie sprawę, że najważniejsze, żeby mój syn urodził się zdrowy. I że jak będzie zdrowy, to może być najżywszy na świecie.
Trwa ładowanie komentarzy...