O autorze
Warszawianka, 34 lata. Pracoholiczka, spełniona w stanie wolnym. Od 10 lat licząca na zajście w ciążę przypadkiem, zawsze dziwnie pewna samotnego macierzyństwa. We wrześniu po diagnozie endometriozy usłyszała, że jej ostatnią szansą jest in vitro. I że nie ma na nie zbyt wiele czasu.

Ciężar potraw wigilijnych, czyli jak wężowi trawiło się kapelusz

Pierogi z kapustą i grzybami smakują cudownie. Ale w ciąży należy je sobie odpuścić. Podobnie jak cieżkie tematy przy stole.

Z niemałą satysfakcją odnotowałam grymas na twarzy żony brata ciotecznego, kiedy ciotunia składając nam wszystkim życzenia wyraziła nadzieję, że za rok spotkamy się w większym gronie. Zapytałam, czy kogoś się spodziewamy, a żona brata ciotecznego, dotychczas spełniająca wymagania rodziców brata, swoich, moich, społeczeństwa i tradycji, skrzywiła się dziwnie. Chyba nie spieszy jej się do następnego dziecka, choć trafiło jej się wyjątkowo spokojne, bez kolek, przesypiające całe noce, pogodne, etc.



Być może skrzywiła się na moją uwagę, bo nie ma większych przeciwieństw niż ja (nadzieje rodziców - moich, brata ciotecznego, jej, społeczeństwa i tradycji zawodząca) i ona (matka i żona comme il faut, po kolei, najpierw długie narzeczeństwo, potem ślub, dziecko ponad rok po ślubie).

Pomyślałam też, że jak wszystko pójdzie dobrze, to w gronie spotkamy się, rzeczywiście, większym, ale już chyba w podgrupach. I że - w sumie - grono i tak jest już większe, tyle że w postaci dwupaku.

A propos - dwupaki - nie jedzcie tych wspaniałych pierogów z kapustą i grzybami, wystrzegajcie się kapusty wigilijnej, karpia w panierce, fasolki z bułką tartą, ćwikły, chrzanu i tego wszystkiego, co zalega w żołądku i sprawia, że 25 i 26 grudnia są nie do przeżycia. Zwłaszcza, jeśli nadal nadziewacie się progesteronem, który rozluźnia mięśnie całego dołu. Miałam wrażenie, że wężowi z "Małego Księcia" łatwiej trawiło się kapelusz.

Acha - tradycyjna polska sałatka warzywna też nie jest najlepszym pomysłem. Zwłaszcza, jeśli gospodyni racjonalizatorsko doda do niej ogórka konserwowego, a nie kiszonego. Majonez i jajko są już wystarczająco ciężkostrawne. Ogórek wieńczy dzieło.

Dziwne święta, ograniczone tylko do Wigilii. Dwa pozostałe dni mi darowano - ojciec chory na zapalenie oskrzeli wymagał izolacji. Przeczytałam chyba z pięć książek - w tym dwie podarowane. Pogapiłam się na Facebooka ludzi bezdzietnych i w jednopaku, zazdroszcząc trochę świąt na Sri Lance, na Południu Hiszpanii, w Japonii, w USA, i gdzie tylko zagnało licznych znajomych. Pomyślałam, że tylu jeszcze rzeczy nie zdążyłam zobaczyć.

I przypomniałam sobie rozmowę z Miśkiem sprzed półtora roku.

Ona trzeci miesiąc siedziała wtedy z Juniorem, w przerwie między kolką, karmieniem, przewijaniem i uspokajaniem zaglądając na Facebooka. I skarżyła mi się, półszeptem, w rzadkich chwilach, kiedy mogłyśmy porozmawiać (ja na stażu w obcym kraju, ona nad kołyską):
- Patrzę na tablice znajomych i nie mogę się nadziwić, że mają takie ciekawe życie - ta w Tajlandii, inna na Hawajach, jeszcze inna zwiedza zamki nad Loarą. A ja tego wszystkiego nie zdążyłam zobaczyć.
- To fasada. Takie zdjęcia wrzucają zwykle ludzie głęboko nieszczęśliwi, usiłujący sobie udowodnić, że ich życie jest super i szukający potwierdzenia w lajkach. Sto razy bardziej wolałabym mieć dziecko niż siedzieć teraz tu, gdzie siedzę, i dopisywać do życiorysu kolejną historię niesamowitą.

Okazało się, że dziewczyna, której zdjęcie ze Sri Lanki zmusiło mnie do niewesołej refleksji, jest głęboko nieszczęśliwa. A ja naprawdę za te tysiące wolę moje invitro, niż Sri Lankę.
Trwa ładowanie komentarzy...